001.

Ciekawa jestem, ile czasu tym razem wytrwam. Czy będzie to miesiąc, tydzień, a może dwa dni?

Na stole mam o jakieś 7 książek za dużo. Wszystkie otwarte. Kubek z czwartą dziś kawą ledwo mieści się między puszką na wypisane cienkopisy a zepsutym głośnikiem. Jest dobrze. Po co wyrzucać cokolwiek, skoro zawsze może zabrać trochę wolnego miejsca. Powinnam zutylizować butelkę po wczorajszym Heinekenie, bo ogranicza mi operowanie myszką. Lampa stoi na drukarce, przytrzymując szkicownik zrobiony z szarych kopert. Ciągle potykam się o kabel od słuchawek. W sumie nie jestem do końca przekonana po co mam je wiecznie podpięte, skoro i tak P. puszcza muzykę ze swoich głośników. Moje, jak już wspomniałam, nie działają. To znaczy jeden działa. W pół-stereo.

Do ściany ledwo wystającej zza monitora przyklejone są dwie pocztówki z wystawy McQueena w V&A. Niewiele im zostało, żeby odpaść, ale nie mam czasu przejmować się szczegółami. Kawa stygnie. Rozpuszczalna, bo pękła nam ostatnio pokrywka od ukochanego, 30-letniego, radzieckiego młynka elektrycznego. Kawa jakaś taka kwaśna, chociaż wysłodziłam. Do pseudochińszczyzny na żądanie zostało jeszcze 40 minut. Tyle można by w te 40 minut zrobić. Na przykład posprzątać. Albo zacząć projekt, który powinnam była skończyć wczoraj.

Tyle można by było zrobić, ale jestem wściekła. Godzinę temu wróciłam do domu z niepohamowaną potrzebą spalenia jakiejś wioski. Albo przynajmniej średniej wielkości osady. Lata obcowania z idiotami nauczyły mnie przede wszystkim tego, że nie należy przejmować się rzeczami, na które nie ma się kompletnie żadnego wpływu. Ale nie dzisiaj. Nie dzisiaj. W ciągu kilku zapadanych, popołudniowych godzin doświadczyłam przeciwieństwa katharsis. Tak to już bywa, kiedy za solidny, down-to-earth projekt biorą się ludzie z wizją. To moja druga ulubiona grupa ludzi zaraz po nie-znam-się-to-się-wypowiem, bez których ewolucja postępowałaby zdecydowanie szybciej. Ludzie z wizją dzielą się na: ludzi z nieokreślonym celem, ludzi żyjących w innej strefie czasowej (gdzie można pracować po dwadzieścia godzin dziennie) oraz ludzi ze skrótami myślowymi. Słowem są to ludzie, którzy nie rozumieją, że pewne określone działania zużywają pewne określone kupony czasowe.

Żadne pieniądze świata nie są tego warte. Satysfakcja pracy w zawodzie nie jest tego warta. Może jakiś duży zestaw LEGO z Gwiezdnych Wojen byłby tego wart, ale musiałby mieć przynajmniej z 2000 elementów.

Siedzę więc, prycham w rozpuszczalną kawę i przebieram nóżkami na myśl, że w przyszłym tygodniu zamiast zająć się doktoratem, będę popychała do przodu kilkunastoosobowy projekt ludzi z wizją. A chińszczyzny jak nie było, tak nie ma. (…) A nie, przepraszam, jest. To jeden z tych dni, kiedy tylko przypalone sajgonki poprawiają humor.

Reklamy